poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Cmętarz zwieżąt - Stephen King [recenzja]

Wydanie z 2009, i 2012 r.
Niełatwo jest recenzować tytana horroru. Niełatwo dlatego, że można czasem popaść w banał, trywializacje, uproszczenia a czasami powtórzenia, które to - być możne - przed nami wielokrotnie już napisano. Niełatwo również z tego powodu, że King to kolos, który wymaga dokładnego i dogłębnego poznania jego dorobku, by móc go gruntownie ocenić i przerobić potem na jakąś w miarę sprawiedliwą ocenę. 
Ale można oczywiście obrać inną drogę, mniej wymagającą - oceniać zdroworozsądkowo. Wystarczy na moment porzucić w kąt nazwisko (o ile tak się da) i spojrzeć na czytaną książkę jako na historię, którą ocenimy według własnych kryteriów, jakbyśmy kompletnie nie znali autora. Oceńmy po prostu czy się nam ona podoba czy nie, oceńmy całość jako historię dobrze lub źle napisanej p(g)rozy. A potem wydajmy sąd sprawiedliwy zgodnie z tym, czego doznaliśmy. 


Smentarz dla zwierząt aka Cmętarz zwieżąt

Louis Creed wraz z całą rodziną (żoną Rachelą, córka Ellie, mały dwuletni synek Gage'em) przeprowadzają się do nowego domu w Bangor w stanie Maine w USA. Otrzymał on nową pracę jako lekarz i wykładowca przy tutejszym uniwersytecie. Stoją przed nimi nowe wyzwania, nowe obowiązki, nowe środowisko i ... nowi sąsiedzi, z którymi zresztą bardzo szybko się zaprzyjaźniają (staruszkowie: Norma i Jud). Creedowie szybko przyzwyczajają się do nowego wspaniałego domu, który poza samymi zaletami, posiada kilka wad. Choć te wady nie dotyczącą samego domu, lecz... 
Pierwszą z nich jest usytuowanie domu przy ruchliwej drodze, po której co chwila mkną rozpędzone ciężarówki. Drugą wadą jest... znajdujący się nieopodal stary cmentarz dla zwierząt. To tu dawniej okoliczni chowali swoje zmarłe zwierzęta. To tu czai się ukryte zło...
Pierwszego dnia w pracy Louisa spotyka przykra sytuacja: na jego oczach umiera młody student, który został potrącony samochodem. W chwili agonii przekazuje doktorowi tajemnicze słowa, których ten początkowo nie rozumie i ignoruje je. Dopiero później zaczyna dręczyć go nieustanna refleksja nad usłyszanymi słowami, które padły z ust umierającego: "To nie jest zwyczajny cmentarz". Dodatkowo, umierający znał jego imię. Skąd?
Od tej pory wokół Creedów zaczynają się dziać wokół dziwne rzeczy. Najpierw pod kołami rozpędzonej ciężarówki tragicznie ginie ich ukochany kot, stary poczciwy Winston Churchill. To zdarzenie wstrząsnęło Louisem. Z pomocą przyszedł mu natychmiast sąsiad Jud. Postanawia on wtajemniczyć zmartwionego sąsiada i opowiedzieć o uzdrawiającej mocy pobliskiego cmentarza. Radzi mu, że wystarczy zakopać zwierzę w tamtym miejscu, a niebawem ono... zmartwychwstanie. Louis czym prędzej postanawia przywołać do życia tragicznie zmarłego kota Churcha i udaje się wraz z Judem w tajemnicze i mroczne miejsce.
Po pewnym czasie w domu zjawia się żywy, choć cuchnący zgnilizną i ziemią Church... 
    Takimi słowami można by najkrócej zrobić małe wprowadzenie w fabułę. Na tym też można już poprzestać, a by dodać jeszcze odrobinę smaku to warto rzec, że od tych tragicznych wydarzeń związanych z zmartwychwstaniem kota zaczyna się prawdziwa przerażająca historia. Dalsze już losy rodziny Creedów stają się coraz tragiczniejsze i coraz bardziej skomplikowane. 
Wydanie z 2000 r.
    Zaletą tej książki (jak na horror przystało) jest to, że czyta się ją doskonale. Autor nie wabi nas tanim eksperymentalnym epatowaniem brutalnością, krwią i obrzydliwością. Mamy dobrze napisaną książkę w przekonującymi bohaterami, którzy muszą się zmierzyć z czyhającym, tajemniczym złem w - wydawałoby się - miejscu idyllicznym.  W miejscu, które miało stać się oazą spokoju, wymarzonego ustatkowania, a stało się miejscem, w którym będą musieli zmierzyć się z własnymi słabościami, ale i mocami zza światów. 
    W Polsce powieść doczekała się kilku wydań, z różnymi wersjami tytułów (Cmętarz zwieżąt, Smętarz dla zwierzaków).
 Zdjęcia prezentowane pokazują tylko dwie z okładek, jakie można jeszcze czasami spotkać na rynku.
Powieść została sfilmowana. Scenariusz napisał sam autor, jak również zagrał w nim mały epizod. A to, jak sądzę, jest dobrą zachętą do jego obejrzenia. Ale zawczasu, warto przeczytać książkę. 


niedziela, 22 kwietnia 2012

Bielszy odcień śmierci, Bernard Minier [recenzja]


"Grudzień 2008 roku, dolina w Pirenejach. Wczesnym rankiem pracownicy elektrowni wodnej znajdują na górnej stacji kolejki linowej okaleczone ciało konia.

Tego samego dnia młoda absolwentka psychologii obejmuje posadę w ściśle strzeżonym zakładzie psychiatrycznym dla przestępców, położonym w tej samej dolinie.
W ciągu kilku dni okolicą wstrząsają kolejne zbrodnie. Śledztwo prowadzi komendant Martin Servaz, czterdziestoletni policjant z Tuluzy, znany ze swej przenikliwości i intuicji. Tym razem przyjdzie mu się jednak zmierzyć z wyjątkowo okrutnym i przebiegłym mordercą. Wkrótce okaże się, że bajkowe miasteczko ukryte wśród malowniczych pirenejskich dolin kryje mrożące krew w żyłach tajemnice. Czy będzie to dla Servaza początek koszmaru?"

Po tym lapidarnym opisie wydawcy należy dodać i stwierdzić już na samym początku: jest zimno i mroczno, a klimat powieści jest niezwykle przejmujący. Chłód powieści oraz chłód samego miejsca akcji powodują, że kryminał czyta się doskonale. Nic bowiem nie sprawia lepszego nastroju, jak bezpieczeństwo czytającego (w zaciszu własnego domu) skonfrontowane z chłodem i niebezpieczeństwem, na które narażeni są główni bohaterowie. Ta konstrukcja, ten dysonans i opozycja zarówno w filmie jak i w literaturze sprawdza się od lat doskonale. A tutaj mamy wszystko. Klimatyczne miejsce: Pireneje, jezioro, elektrownia wodna, gęste i ciemne lasy, opuszczony ośrodek wypoczynkowy, więzienie w którym przetrzymywani są chorzy psychicznie i niezwykle niebezpieczni skazańcy; zawrotne tempo akcji; doskonałe zagadki.


Powieść bardzo dobrze - jak na debiut (wcześniej nieznanego w Polsce autora) - przemyślana i skonstruowana. Zaskakuje precyzja z jaką autor zbudował fabułę, doskonale zaplanowane wszystkie wątki - te mniejsze i te większe. Ujmuje od samego początku plastyczny obraz miejsc, miejsc przerażających, urzekających, zimnych, mrocznych, duszących i niebezpiecznych. Tych jest w powieści pod dostatkiem. Bielszy odcień śmierci to doskonale napisany kryminał z wciągającą i niezwykle interesującą fabułą, która w żaden sposób ani na chwilę nie pozwala nudzić się czytelnikowi (nawet jak na tak dość długą powieść kryminalną, bo liczącą niemal 510 stron, małą czcionką). Na uwagę zasługuje kolejna rzecz: świetnie skonstruowani bohaterowie. Dodajmy od razu, że tworzą oni bardzo realistyczny obraz francuskiego społeczeństwa niedużej górskiej miejscowości, która kryje w swoich dziejach niezwykle mroczne wydarzenia sprzed lat. Główny bohater zaś, czterdziestoletni policjant, który w czasie rozwiązywania arcytrudnego śledztwa będzie musiał zmierzyć się z problemami osobistymi - dorastającą i sprawiającą niemało kłopotów córką, to postać zwykła, przeciętna, a jednocześnie odważna i wzbudzająca podziw. I dzięki temu chyba tak wiarygodna. 

Tyle rzeczy miłych i przyjemnych, czas spojrzeć na wady, choć tych w zasadzie nie ma, ale muszę o nich wspomnieć, bo trochę to jednak razi.

Otóż nie jestem zwolennikiem kiedy w powieści pojawiają się nazwy najnowszych produktów i nowoczesnych wynalazków technologicznych, bez których jak się okazuje, nie można już sobie wyobrazić nawet tak dobrego kryminału. Moda, trend, a może coś innego? 
Wciąż mnie nurtuje dlaczego autorzy tak intensywnie szpikują opowieści najrozmaitszymi iPodami czy iPhone'ami rozpisując się czasem o nich z detalami, pisząc o ich zaletach (jak Dan Brown) (oczywiście między wierszami)? Raz wspominany iPhone spokojnie mógłby być zastąpiony słowem "chwycił telefon", lecz nie - w książce za każdym razem musi paść pełna nazwa produktu, co by czytelnik nie miał żadnych wątpliwości i złudzeń co się znajduje w rękach bohatera. Niby szczegół, ale irytuje. 

Podsumowując, Bielszy odcień śmierci to doskonały kryminał trzymający w napięciu aż po ostatnie strony. Przypomina trochę swoim klimatem powieść Purpurowe rzeki. Mamy również podobny mroczny klimat, góry, francuskie miasteczko, i policjantów, którzy walczą z nieobliczalnym psychopatą.
Mroźny kryminał!


wtorek, 17 kwietnia 2012

Drapieżcy, Graham Masterton [recenzja]


Zanim napisałem tę recenzję, sięgnąłem do sieci by spojrzeć co o książce piszą inni. Po pierwsze dlatego, że chciałem zweryfikować swoje odczucia co do przeczytanej powieści. Wiadomo, że nienasycenie czy niepewność jaką odczuwamy  powoduje w nas potrzebę uzupełnienia różnorakich braków. Po skończeniu Drapieżców poczułem właśnie owo nienasycenie, stąd moja potrzeba spojrzenia na innych, by się przekonać czy tylko ja mam wrażanie jakby czegoś autor nie dokończył, a być może jest do sąd zbiorowy nad Mastertonem i wszyscy zgadzamy się co do powieści. I co się okazało? Że jest to powszechny sąd zbiorowy i wiele osób podziela moje odczucia co do kilku ważnych rozwiązań fabularnych.

Ale do istoty: otóż skończyłem czytać powieść z pewnym wahaniem czy oby na pewno dobrze ją odczytałem, a nawet jeśli tak, to czy wszystko skończyło się tak jak powinno w klasycznej opowieści? Wydaje się więc, że zarówno moje obawy co do zakończenia są mocno dyskutowane, jak również – wielu czytelników i fanów Mastertona w pewnym sensie zawiodło się końcówką powieści. Oczywiście zdradzać finału nie mam zamiaru, jak również nie mam zamiaru wnikać nawet w ogólniki, a i tym samym, nie chcę pisać o co w ogóle chodzi.
Po drugie, od początku bohaterowie wydawali mi się sztuczni, lekko, a może wręcz zbyt lekko narysowani przez autora, jakby nie mieli własnych myśli, pogłębionych zachowań, jakby kierowała nimi wyłączenie potrzeba biologiczna, fizjologiczna, czy wręcz bezrefleksyjna. Czułem się, jakby niektóre sceny odgrywali nie dorośli ludzie, ale bezmyślne dzieci. A czy czytając powieść, zwłaszcza taka powieść, w której chodzi przecież o życie najbliższych, nie mamy poczucia potrzeby wejścia w osobę głównego bohatera i utożsamienia się z nim? Ale jak tu wejść w jego skórę, skoro często ganimy go w myślach za to, co robi. I jak robi.
Nakreślę w dwóch słowach fabułę, tradycyjnie opierając się na tym co napisał sam wydawca:

Fortyfoot House - zaniedbany wiktoriański sierociniec na wyspie Wight - kryje w sobie mroczną tajemnicę. Przed ponad stu laty zmarli tam w niewyjaśnionych okolicznościach wszyscy wychowankowie - sześćdziesięcioro dzieci. Okoliczni mieszkańcy nadal unikają rozmów na temat zabytkowego domostwa i omijają go z daleka. Coś podstępnego i przerażającego czai się w jego wnętrzu. David Williams, wychowujący samotnie siedmioletniego syna, podejmuje się dokonać remontu tajemniczego budynku. Wraz z nimi do domu wprowadza się piękna, młoda dziewczyna. W Fortyfoot House ma miejsce seria niezwykłych i zarazem tragicznych wydarzeń. Zbyt późno David odkrywa sekrety sumeryjskich bram czasu i prastarej cywilizacji, która panowała na Ziemi przed nastaniem człowieka i która chce z powrotem zająć jego miejsce...

Książka rozpoczyna się w doskonałym stylu, a inicjuje ją scena, w której główny bohater penetruje strych wspomnianego Fortyfoot House. Scena jak na mój gust niemal dokonała, bo pokazuje stopień grozy i strachu z jakim będziemy mieć do czynienia nieco później. Potem z każdą stroną robi się coraz ciekawiej, coraz mroczniej i coraz bardziej...
Główny bohater będzie musiał zmierzyć się z całą falą niewytłumaczalnych zjawisk, które przyjdzie mu zrozumieć dopiero wtedy, gdy odkryje jaką naprawdę nosi w sobie tajemnice ów sierociniec. Nim to się jednak stanie będziemy świadkami strasznych wydarzeń: począwszy od pojawiającego się i znikającego tajemniczego mężczyzny w meloniku, przez zmieniające się fotografie wiszące na ścianach, przez tajemnicze odgłosy dochodzące z wnętrza domu, po mrożące krew w żyłach sceny śmierci niektórych z mieszkańców niewielkiej miejscowości. 
By rozwiązań tajemnicę dziwnego miejsca, w którym podjął pracę główny bohater, będzie musiał on poznać historię i przeszłość mrocznego miejsca, jakim jest Fortyfoot House, ale  również zagłębić się w tajemne mity sumeryjskie jak również pokonać próg teraźniejszości i przenieść się w czasie...

Jest brutalnie, tajemniczo, a sama fabuła niezwykle ciekawa. Pomimo pewnych braków i niedociągnięć i tak dostajemy zręcznie napisany horror pełen odwołań do Lovecrafta (nie chcę zdradzać zbyt wiele). Na uwagę zasługują również doskonale napisane sceny erotyczne. 





sobota, 14 kwietnia 2012

Mucha, Jacek Skowroński [recenzja]

Do Muchy podchodziłem bardzo niepewnie i ostrożnie, a książka musiała przeleżeć niemal rok na półce, nim wreszcie po nią sięgnąłem. A sięgnąłem zupełnie przypadkowo, myślę, że padła ofiarą mojej ciekawości (chciałem zobaczyć ładną dedykację, którą wpisał sam autor), a trochę może z potrzeby przełamania niechęci do tego typu twórczości, ponieważ z zasady nie lubię literatury z gatunku kryminału, która stylizowana jest na powieść humorystyczną, albo powieść humorystyczną czy gawędziarską, kreowaną na kryminał. I bez względu na to co jest główną osią powieści – czy żarty przemieszane z wątkami kryminalnymi, czy kryminał przemieszany z dawką humoru, uważam takie połączenie za niejadalne. Kryminał, horror czy inny dreszczowiec winien w pełni realizować swoją poetykę, jaka jest mu przypisana i na zawsze dana – jestem wiernym wyznawcą tej zasady i nie lubię, jeśli dana powieść łamie konwencje, łamie schematy (mam na myśli nastrój, sposób budowania napięcia etc.), czy też łamie pewien tor, którym powinna podążać współczesna powieść grozy. Taki pogląd utrudnia właściwy i obiektywny odbiór, a potem ocenę książki, która jest właśnie taką hybrydą.
Z powieścią Jacka Skowrońskiego jest trochę inaczej, ponieważ mam do niej mały sentyment i nie będę tego w żaden sposób ukrywać, wręcz przeciwnie. Każda książka z dedykacją czy autografem staje się czymś mocno osobistym i zawsze powoduje, że darzymy ją szczególnym szacunkiem. Miałem przyjemność uścisnąć dłoń autorowi podczas Warszawskich Targów Książki w zeszłym roku. Był to więc - jak teraz po roku oceniam - element zdecydowanie zbliżający do książki, do opowieści. Tak to już jest, i nic raczej tego nie zmieni. 

Akcja powieści zaczyna się niewinnie. Przychodzi oto, jak podaje wydawca – zblazowany agent ubezpieczeniowy do pewnej nowoczesnej posiadłości w celu sprzedaży polisy. W drzwiach wita go roznegliżowana kobieta (Jola), która niczym nieskrępowana, zaprasza go niechętnie do środka. Nim jednak to się stanie, bohater będzie musiał stoczyć bój (raczej psychiczny) i pokonać barierę w postaci groźnego psa, który najchętniej rzuciłby się mu do gardła. W planach ma jednak zawszeć arcykorzystną umowę, działa więc przeciwko własnemu oporowi i udaje się do środka. Tam zaś, stała się rzecz zupełnie nieprzewidziana.

Jak pisze wydawca:

Podekscytowany mężczyzna, który nie za bardzo już pamięta, po co przyszedł, rozkoszuje się wizją upojnych chwil z Jolą, kiedy nagle przez okno dostrzega pana domu, jak wspólnie z pomocnikami właśnie wyprawia na tamten świat pewnego gościa. Apoloniusz daje drapaka przez okno. I tak rozpoczyna się jego bohaterska walka z Muchą, czyli znanym gangsterem Konradem Z., który ani myśli rezygnować z pogoni za nieszczęsnym świadkiem.


Ucieczka przed Muchą, bezwzględnym, drapieżnym, nieprzyjemnym i brutalnym człowiekiem, jak się okaże, stanie się główną osią kryminału, wokół której w sposób zabawny namalowane zostały rozmaite wydarzenia (mniejsze i większe), śmieszne sytuacje, przejaskrawieni bohaterowie, liczne skojarzenia do bieżących wydarzeń społeczno-politycznych, a więc odwołań do świata realnego etc., (acz jest to zrobione bardzo sprawnie i nic nie kłuje w oczy).

Rzecz przyjemna do czytania. Książka, znów wg wydawcy, pełna jest niemożliwych sytuacji, prześmiesznych gagów, pościgów, wpadek i zasadzek, zawrotnego tempa i barwnej akcji.
I tak w istocie jest. Dostajemy do ręki zręcznie napisaną powieść pełną nieprzewidywalnych (nie tylko zabawnych, ale i czasami drastycznych i dramatycznych) wydarzeń, zręcznych manewrów stylistycznych, niebanalnych porównań, śmiesznych tekstów. 
Mnie jako czytelnika mocno konserwatywnego, który wielbi stałe schematy, początkowo humorystyczna fabuła naszpikowana ciągłymi porównaniami, zabawnymi zwrotami zwyczajnie przeszkadzała i miałem ochotę odłożyć książkę na półkę na kolejny rok. Czymś, tak teraz po kilku tygodniach myślę, co zatrzymało mnie na dłużej jest zwyczajnie dobrze rozpisana fabuła, która po prostu wciąga, choć i tak - w pewnym sensie - jest przewidywalna. 
Dużym minusem książki jest sięganie po liczne stereotypy, wytarte rozwiązania, przewidywalni bohaterowie, którzy nie wychodzą o krok z przypisanych im ról społecznych. Przykładów jest kilka, ale podam ten, który najbardziej mnie raził. Informatyk. Jak możemy sobie wyobrazić informatyka, który oczywiście jest hakerem? Chyba obrazów w literaturze i filmie mieliśmy już sporo, ale każdy niemal zasadza się na tym samym. Jest to osoba, która karmi się wyłącznie piwem, chipsami itp, niewychodząca z domu, nosząca długie włosy. Jest on, oczywiście, w stanie włamać się do każdego systemu, co ratuje naszego bohatera z każdej opresji. Proste, uważam wręcz za zbyt proste. 
Czy też każdy napotkany pijak pod sklepem, który za przysłowiową puszkę piwa da się przekupić i służyć wiernie głównemu bohaterowi aż do końca...
Rzecz mocno naciąga, ale co tam, mamy się przecież dobrze bawić.
A z Muchą w ręce, bawić się będziemy na pewno. 

piątek, 13 kwietnia 2012

Miasteczko Salem, Stephen King [recenzja]


Spójrzmy najpierw co o powieści pisze nasz polski wydawca (Prószyński):


W prowincjonalnym amerykańskim miasteczku zaczynają dziać się rzeczy niepojęte i przerażające. Znikają bądź umierają w dziwnych okolicznościach dzieci i dorośli, jedna śmierć pociąga za sobą drugą. Czyżby Salem było nawiedzone przez złe moce? Kilku śmiałków, którym przewodzi mały chłopiec, wydaje im pełną determinacji walkę. 


Miasteczko Salem, klasyczny horror Stephena Kinga, ukazało się po raz pierwszy w roku 1975. Demoniczna opowieść natychmiast przeraziła i oczarowała czytelników i stała się światowym bestsellerem. Doczekała się też dwóch ekranizacji. 


W istocie ten choć lapidarny opis odzwierciedla to, co przez Kinga przed wieloma laty zostało napisane. Miasteczko Salem to klasyczna powieść grozy, horror w pełni znaczenia tego słowa i terminu; to kultowa już dziś powieść o wampirach, stanowiąca jedną z ważniejszych powieści o tej tematyce. 
Jak to niezwykle często u Kinga, akcja powieści dzieje się w niewielkim miasteczku w stanie Maine do którego przyjeżdża (a właściwie powraca) pisarz, który jest silnie związany emocjonalnie z tym miejscem, bowiem spędził w nim swoje dzieciństwo… 
Już na początku dowiadujemy się, że Ben jako chłopiec przeżył tu chwile grozy – w jednym z tajemniczych, stojących na wzgórzu domów znalazł wisielca. Owo traumatyczne przeżycie odcisnęło bardzo silne piętno w pamięci bohatera. Na tyle silne, dodajmy, że jako dorosły i dojrzały już mężczyzna postanowił zmierzyć się oko w oko z przeszłością, czy wręcz z widmem przeszłości i rozwiązać raz na zawsze problem. Lekiem, który pomóc ma przezwyciężyć doznaną krzywdę psychiczną ma być napisanie powieści, w której zrelacjonuje wydarzenia sprzed lat (terapia poprzez pisanie/spisanie doświadczeń). 
Tak niewinnie rozpoczynająca się powieść stopniowo zamienia się w historię pełną grozy, zawikłań, zagadek, niewyjaśnionych zgonów, zaginięć, zaś główny bohater Ben Mayers, który w międzyczasie zakocha się w młodej i pięknej Susan, spotka podczas pobytu w Salem kilka osób z dawnych lat, będzie musiał się zmierzyć z tymi problemami, które – jak się okaże – będą nie lada wyzwaniem dla niedoświadczonego pisarza. 
Miasteczko Salem to druga powieść Stephena Kinga (debiutował powieścią Carrie w 1974 r.). Znajdziemy w niej charakterystyczne dla pisarza elementy, motywy czy techniki konstruowania fabuły, które w pełni pozwalają nam wejść w świat przedstawiony, zapominając o tym rzeczywistym. 
Powieść charakteryzuje, jeśli miałbym się pokusić o zwięzłość i konkretność, nie tylko ciekawa i wciągająca opowieść o wampirach, ale również doskonale zarysowana panorama (pod wieloma względami) małego amerykańskiego miasteczka, jak również ciekawy zestaw portretów psychologicznych bohaterów, zarówno pierwszo- i drugoplanowych. I, co moim zdaniem najważniejsze, to powieść napisana tak, że do pewnego stopnia jesteśmy w stanie (przy odrobinie swobody, w którą się uzbroimy i na jaką sobie pozwolimy) uwierzyć w wydarzenia, które King opisuje. Bo pisze on językiem naturalnym, swobodnym, nienapuszonym, a ta nieustanna kingowska maniera trzymania się bardzo blisko codzienności, codziennych problemów, przemyśleń, nazw, marek, nie pozwala nam uciec w fantastyczną, niestworzoną przestrzeń, lecz ciągle nam przypomina, że wydarzenia, choć nierealistyczne, dzieją się naprawdę. 
I to właśnie - jak się okazuje - skuteczna metoda, by wywołać u czytelnika niepokój i zasiać w nim spory strach, który zapamięta na długo. 
Strach, który nosi w sobie małe miasteczko Salem. 



Dziecko ciemności, Graham Masterton [recenzja]



Najpierw spójrzmy na okładkę, by dowiedzieć się, o czym Dziecko ciemności jest:

Seria brutalnych zabójstw w centrum Warszawy jest zdaniem prowadzącej śledztwo policji, wywołana porachunkami gangów. Ofiarami okrutnego mordercy nazwanego przez prasę „Oprawcą” padają robotnicy zatrudnieni przy budowie nowoczesnego Hotelu Senackiego, a także przypadkowi mieszkańcy stolicy. Sara Leonard nadzorująca budowę hotelu sprowadza z Chicago emerytowanego policjanta Claytona Marsha, który ma wytropić zabójcę. Jego śledztwo przynosi zaskakujące rezultaty: w kanałach ściekowych miasta czai się przerażająca istota o genezie sięgającej trzynastego wieku, przywrócona do życia w okresie Powstania Warszawskiego. Prędzej czy później musi dojść do ostatecznej rozgrywki z potworem…

Powiem tak: opis ten jest mało szczęśliwy z uwagi na zwyczajną niejasność, jaką wydawca wprowadza. Zacznijmy więc od początku i spróbujmy pewne fakty wyprostować. 
Warszawa, lata dziewięćdziesiąte. W stolicy Polski dochodzi do tajemniczej serii morderstw dokonanych na zupełnie przypadkowych osobach, które w jakiś sposób znalazły w pobliżu kanałów ściekowych. Pierwszą ofiarą szalonego mordercy jest mężczyzna, który wracając późnym wieczorem do domu usłyszał niepokojące odgłosy płaczącego dziecka dochodzące najprawdopodobniej z … kanałów ściekowych. Zostały one odsłonięte podczas wykopów na miejscu budowy nowego hotelu (na ulicy Królewskiej). Przedostawszy się przez ogrodzenie podąża za głosem dziecka i wchodzi do kanałów. 
Każde kolejne morderstwo zostaje popełnione z coraz to większą brutalnością. Ofiary (zazwyczaj są to robotnicy budujący hotel) najczęściej zostają pozbawieni głów, a w skrajnych przypadkach, ich ciała zostają poćwiartowane na najdrobniejsze kawałki. Policja o wszystkie zabójstwa podejrzewa niezwykle dobrze uzbrojoną mafię…

Klasyczny horror Mastertona, ale – co ciekawe – z polskim akcentem i ukłonem w stronę polskich czytelników. Dostajemy w prezencie sprawnie napisaną powieść grozy w typowo mastertonowskim klimacie: od epatowania brutalnością, przez skondensowaną fabułę bez zbędnych opisów które zdążyłyby znużyć czytelnika, dobrze odwzorowaną Warszawę, po ciekawie i mrocznie skonstruowaną akcję, która ze strony na stronę, wciąga coraz bardziej.
Minusem powieści są na pewno mało udane próby przeszczepienia (nie wiadomo w jakim celu) znaczących i znanych nazwisk polskich postaci historycznych do fabuły powieści. Mamy oto bohatera (policjanta) o nazwisku Rej, jak również innych - Matejkę czy Konopnicką. Jest to zabieg, który być może miał na celu odświeżenie nam (tylko po co?) pamięci o wielkich naszego kraju. A być może jest to próba zainteresowania zagranicznych czytelników naszymi postaciami historycznymi, czy szerzej - dziejami naszego narodu? A może… każda interpretacja jest w pewnym sensie zasadna. Niemniej, mnie to jakoś nie smakuje, a sam zabieg wydaje się mocno naciągany. Smakiem jest dla mnie naturalność, swoista przezroczystość, jaką tworzy każdy autor, a nie sztuczne pompowanie patosu, głębi, która w horrorze – być może jest to rzecz dyskusyjna – nie powinna mieć miejsca. A jeśli nawet, to winna mieć stosowne uzasadnienie, najlepiej, jeśli znajduje się ono w fabule. W tej tego zdecydowanie zabrakło. Rzecz jasna nie szkodzi to samej opowieści, mimo to powoduje pewien niesmak.
Fabuła wciągająca. Horror pełną gębą, choć nie bez niewielkich wpadek.
Dziecko ciemności niestety od lat zbiera w internecie niskie oceny w rozmaitych recenzjach. Powodem wg wielu autorów jest mało oryginalna fabuła (zakończenie), czy też powód powyższy (naciągana historia, niepotrzebne odwołania do wydarzeń i postaci historycznych). W pewnym sensie nie sposób się z tym nie zgodzić, ale wszystko zależy od nas na ile się tym przejmiemy, a na ile porzucimy w kąt te drobiazgi i wciągniemy się w wartką akcję. 
Klasyczna pozycja Mastertona. Polecam. Choć wiem, że prawdziwi smakosze mogą czuć pewien niedosyt.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...