środa, 6 lutego 2013

Graham Masterton - Manitou [recenzja]

Wracamy do korzeni, czyli tam, gdzie ukształtowało się całe - jak się okaże później fantastyczne - pisarstwo Grahama Mastertona. Przyjrzyjmy się jego pierwszej powieści, która została wydana w 1975 i od razu wywołała zachwyt krytyków. Nie dziwne. To właśnie ona doskonale pokazuje i wyznacza niejako cały charakter pisarstwa Mastertona. Jego kolejne książki właśnie na takim schemacie będą się opierać. I jeżeli ktoś, kto chce rozpocząć przygodę z tym pisarzem zastanawia się od czego zacząć, to chyba nie muszę dodawać, że powinien właśnie od tej powieści. 
Książkę Manitou po raz pierwszy czytałem około dziesięciu lat temu i wspominam tę lekturę bardzo dobrze. Książa zrobiła wówczas na mnie ogromne wrażenie. I to dzięki niej właśnie uznałem, że Masterton to pisarz, którego twórczość chcę poznać. To ona zawróciła mi tak mocno w głowie, że od tamtej pory Mastertona uważam za mistrza literatury grozy. Trochę subiektywnie i naiwnie, a może i przedwczesne sądy? Trudno. Postanowiłem po latach przeczytać sobie raz jeszcze książkę.
A o czym jest ta świetna powieść?
Akcja powieści dzieje się we współczesnej Ameryce. To tam, do lekarza specjalizującego się w nowotworach, zgłasza się pacjentka z dziwną naroślą na karku. Twierdzi, że narośl pojawiała się dosłownie kilka dni temu, niemal z dnia na dzień. Po serii badań i prześwietleń lekarze podejmują ryzyko i decydują się zoperować dziwny guz. I wszystko potoczyłoby się zapewne dobrze, gdyby nie jeden szczegół - guz z dnia na dzień staje się coraz większy, powodując, że stan pacjentki pogarsza się, uniemożliwiając operację. Lekarze są bezradni. Każdy kolejny specjalista powołany do zbadania pacjentki rozkłada z bezradności ręce - ten przypadek przewyższa to, z czym mieli do czynienia do tej pory. Nikt nie wie co może być przyczyną  ogromnego guza, który nie tylko uniemożliwia zabieg, ale niemal wysysa z dziewczyny wszystkie siły witalne.
W tym samym czasie poznajemy szemranego czarodzieja, samozwańczego czarownika i przepowiadacza przyszłości, którego klientkami są zwykle bogate staruszki (bo te łatwiej jest oskubać z dolarów) - wróżbitę Harrego Erskina. Co oba wydarzenia, oba wątki łączy ze sobą? To właśnie do tego jasnowidza na dzień przed operacją zgłasza się wspominana dziewczyna, która pełna obaw o swoją przyszłość i powodzenie trudnej operacji, chce dowiedzieć się co ją czeka. Podczas wizyty zwierza się wróżbicie, że od jakiegoś czasu trapią ją tajemnicze sny...
Harry, początkowo niechętnie i z dużą dozą dystansu, zaczyna angażować się w tajemniczy i nietypowy przypadek swojej klientki. Ale to, paradoksalnie nie zasobny portfel potencjalnej klientki sprawia, że podejmuje się zadania odkrycia koszmarów, ale czysta chęć pomocy. Szczera i o dziwo bezinteresowna.
Tyle na temat treści. 
Zacznijmy od zalet książki, czyli właściwie tego, co składa się na powieść: pierwsze i najważniejsze to pomysł, który nie dość, że świetnie skonstruowany, to jeszcze lepiej zrealizowany. Jest pomysł, jest zagadka, jest stopniowe budowanie napięcia. Kolejna zaleta to tempo akcji, które zostało przez Mastertona precyzyjnie wyważone i rozwija się w umiarkowanym stopniu. Ani za wolno, ani za szybko, czyli tak, jak winno być w dobrym horrorze. 
Kolejny cykl zalet, o których warto wspomnieć: dobre dialogi, ciekawe postaci, dobra długość książki. Niby  banał, ale jedna to długość (niezbyt przeciągana opowieść) decyduje to tym, czy książka nam się podoba, czy nie. 
Manitou to powieść-klasyk. To jedna z tych książek, dzięki którym na polskim rynku dobrze się przyjął Graham Masterton, wyznaczając przy okazji tor, jakim będzie podążał. Ta powieść to również klasyk dlatego, ponieważ stanowi dziś ona jedną z ważniejszych pozycji w swoim gatunku - nie tylko w Polsce, Europie, ale myślę, że także i na całym świecie.
Ta powieści jest, po prostu genialna. I straszna.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...