sobota, 18 lipca 2015

Z chirurgiczną precyzją - Błażej Przygodzki [recenzja]

Powieść reklamowana na okładce jako Pierwszy polski thriller medyczny!
Ech, owe hasła reklamowe nie pozwalają być obojętnym wobec tak postawionych tez. Zanim sięgniemy po książkę, już jesteśmy odpowiednio nastrojeni. Po szeregu świetnych thrillerów medycznych Tess Gerritsen, czy też króla Robina Cooka, ów podgatunek musiał (tak, musiał) pojawić się na polskim rynku. Zawsze jest to przecież kwestią czasu.

Hubert Kłossowski to spokojny, młody i dobry kardiochirurg pracujący w jednym z wrocławskich szpitali. Prowadzi ustabilizowane życie lekarza, prowadzi praktyki studenckie. Jest szanowany, poważany. Pewnego dnia, równolegle, zaczynają ginąć młode osoby - mężczyźni, którzy wcześniej, jak się okaże w trakcie śledztwa, leczyli się u Kłossowskiego.
Życie lekarza zostaje wywrócone do góry nogami.
Nie wie kto i przede wszystkim dlaczego zabija młodych mężczyzn. 
Jako czytelnicy obserwujemy również równolegle toczące się śledztwo. Okazuje się bowiem, że policja nie jest pozbawiona grzechów i grzeszków. W ich szeregach dochodzi również do nieczystych zagrywek. Sami między sobą toczą wojny, przepychanki. I my widzimy to, czego nie wiedzą inni - to, że cała sprawa jest jednym wielkim matactwem.

Z chirurgiczną precyzją to sprawnie napisany kryminał, thriller, który przede wszystkim jest dobrą powieścią. Mnożą i piętrzą się niewiadome, znaki zapytania pojawiają się na końcu niemal każdego rozdziału. Jesteśmy, jak to w kryminałach bywa, zwodzeni, bo autor zastawia fabularne pułapki dość skutecznie. Ładnie prowadzi akcje, nie pozwalając nam zbyt długo pozostać w nudzie i pewności siebie.

Trochę mi przeszkadzały rzekomo śmieszne porównania, teksty bohaterów (trochę jakby zainspirowane Cobenem). Niby-śmieszne, niby-zabawne, powyciągane wręcz do granic językowej przyzwoitości. Owszem, kilka razy się zaśmiałem, ale wolałbym, aby solidny mroczny kryminał był kostką lodu, ciężkim kamieniem, w którym dominuje język szorstki, jak z grobowca. 

Przeszkadzało mi również nagromadzenie nazw firm i marek. Jest ich tak dużo, że można odnieść wrażenie, że książka jest złożoną kryptoreklamą kilku marek. I istocie wcale tak nie jest, ale nie mogłem tego nie napisać, z przekory. Nie rozumiem po prostu dlaczego współcześni pisarze tak tworzą świat przedstawiony, tak go konstruują, że muszą nawtykać dziesiątki rozmaitych produktów. A to marek papierosów, samochodów, ubrań, komputerów, jedzenia. 

Czy już nawet w literaturze nie można się uwolnić od jednej, wielkiej, ciągłej reklamy, która zalew nas zewsząd?

Książka przyzwoita, z odpowiednio wyważonymi proporcjami między opisami, kreacją bohaterów, opisami medycznymi (które na szczęście nie przytłaczają czytelnika) a samą akcją. Czyta się szybko. No i z dużym zaciekawieniem.

wtorek, 7 lipca 2015

Uciekinier - Stephen King / Richard Bachman [recenzja]

Przyszłość. Stany Zjednoczone Ameryki, rok 2025. Świat jest pogrążony w chaosie, brudzie, zanieczyszczeniu (trochę jak w Mad Maxie).
Ben Richard, buntownik i indywidualista, zmuszony jest do udziały w niezwykle niebezpiecznym widowisku telewizyjnym, by za zarobione pieniądze leczyć chorą na grypę córeczkę.
Zgłasza się do znanego i popularnego widowiska o nazwie Uciekinier.
Poddany zostaje niezwykle rygorystycznym badaniom fizycznym i psychicznym. Tylko nielicznym udaje się przejść zwycięzco przez to sito, zostają bowiem przyjęci tylko najlepsi. A warto, bo nagrodą jest (bagatela) - miliard dolarów!
Gdy wreszcie Ben zostaje przyjęty do gry, ma za zadanie... przetrwać przez miesiąc. Jest ścigany przez bezwzględnych morderców, którzy - w towarzystwie kamer telewizyjnych - mają schwytać Bena. W tej grze nie ma żadnych zasad. Może robić co chce, chować się w dowolne miejsca w całych Stanach. Byle tylko raz na jakiś czas przesyłał  do telewizji taśmę z informacją, że jest cały i zdrowy.
Czy uda się Benowi wygrać walkę z rozwrzeszczanym tłumem dzikich widzów, którzy spragnieni krwawych i brutalnych wrażeń, życzą mu śmierci? Czy uda mu uciec przed dobrze wyszkolonymi i bezwzględnymi bestiami, którzy pragną go rozszarpać na kawałki?

Ta dość wczesna powieść Kinga, obok Wielkiego marszu, stanowi pewien odłam w jego twórczości i opowiada o bezwzględnym świecie wytrąconym z równowagi, w którym tak naprawdę największą władzę sprawuje telewizja. To ona narzuca swoje zasady. Tylko ona może wszystko. Nie liczy się rząd, nie liczą się ludzie. Liczy się tylko rozrywka oraz ci, którzy nią rządzą. 
Telewizja to rozrywka. Brutalna, przepełniona przemocą. Najlepiej taką, w której pokazywana jest śmierć i ludzie zło. Tak, by zaspokoić pragnienia widzów.

Uciekinier jest przerażającą powieścią. Pod względem częściowo dobrze wykreowanego świata poddanego jednej, jedynej władzy telewizji, świata, który potrafi w nas wzbudzić niemały niepokój. Ale to też przerażająca powieść, ponieważ jest to książka niezwykle brutalna.

Szybka, dynamiczna akcja. Bez zbędnych opisów i rozwlekania akcji na setkach stron.

Bardzo trudno jest mi jednoznacznie ocenić tę powieść, ponieważ sięgając po nią, miałem w pamięci słynny film, który oglądałem kilkanaście lat temu. Słynna już rola Arnolda Schwarzeneggera jako uciekiniera dała mi pewne wyobrażenie o tej powieści. I o fabule. Tam jednak świat był bardziej zamknięty, sprowadzony do ucieczki w określonym terenie (chyba w jednym mieście), no a sama fabuła niezwykle hermetyczna.
Powieść jest jednak całkowicie innym bytem, którego nie da się porównać do filmu. To zupełnie dwie odrębne historię i sam nie umiem wyczuć która wersja bardziej mi odpowiada. Niewątpliwie i jedna, i druga dobrze realizuję wizję okrutnego świata.

Świetny kąsek na jeden lub dwa wieczory.


sobota, 4 lipca 2015

Przebudzenie - Stephen King [recenzja]

Okładka powieści Przebudzenie jest dosłowna. To, co jest treścią tej książki, zostało dokładnie ukazane na ilustracji. Człowiek wyciągający ręce ku piorunom, próbujący się z nimi złączyć, może je uchwycić, to główny temat jest powieści. Choć, należałoby dodać, nie stanowi on ciągłego motywu, lecz stanowi główną, niejako drugoplanową oś, która spaja wydarzenia w całość.

Ale od początku.
Głównym bohaterem i narratorem opowieści jest Jamie Morton, który jest rockendrolowcem. Opowiada o swoim życiu, o tym co przeżył. Cofa się pamięcią w głęboką przeszłość, opisując dokładnie całe swoje dzieciństwo, młodość, a potem dorosłe życie. Pierwsze przygody miłosne, życie muzyka i narkomana. Jego historia (jego życie) zaczyna się niewinnie. 
Otóż do miasteczka, w którym mały Jamie mieszkał z całą swoją rodziną, przyjeżdża nowy, charyzmatyczny pastor. Szybko się ze sobą zaprzyjaźniają. Pastor wprowadza małego kilkuletniego chłopca w świat religii, wiary, modlitwy, ale też i czegoś, co wydaje się czymś trochę niepasującym do wielebnego, a co go niezwykle interesuje – do świata energii elektrycznej i do samej elektryczności. Do jej tajemniczej mocy, niewytłumaczalnego pochodzenia, ale i też tego, co dzięki niej można osiągnąć. Ów pastor okazuje się być wynalazcą, kimś, kto przy pomocy energii elektrycznej chce leczyć innych. Sam w zaciszu własnego garażu konstruuje przyrządy, które mają moc leczniczą (przypomnijmy, że są to dawne czasy).
Pewnego dnia brat Jamiego ulega wypadkowi – na skutek silnego uderzenia w szyję, przestaje mówić. Lekarze rozkładają ręce. W tajemnicy przed rodzicami chłopcy postanawiają jako pierwsi skorzystać z urządzenia zaprojektowanego przez duchownego (bo jest to ostatnia deska ratunku) i poddają go niezwykłemu zabiegowi, dzięki któremu chłopiec w pełni odzyskuje zdrowie.

W międzyczasie w życiu pastora wydarzyło się coś tragicznego, co na zawsze zmieniło go jako człowieka – głęboko wierzącego, oddanego Bogu; ale i samego wynalazcę – w kogoś, kto od tej pory dzięki elektryczności będzie próbował zgłębić nie tylko umiejętność uzdrawiania, ale i...

Pozostawię pewne niedomówienie. Nie chcę zdradzać tego, co się stało. Nie chcę pisać nic więcej, bo będzie to próbą odebrania jedynej rzeczy, która w tej powieści zasługuje na miano godne przeczytania.
Powiem to od razu – książka bardzo mnie rozczarowała. Sam pomysł na fabułę dość ciekawy; owe eksperymenty wielebnego z elektrycznością – intrygujące, chwilami – ciekawe, a więc i sam pomysł złączenia tego w całość, musiało odcisnąć się w fabule jako coś intrygującego, jako coś, dzięki czemu w ogóle nie odkładamy powieści na półkę. 
No ale niestety na tym koniec dobrego. Pięćset stron nudy, opisu życia zaćpanego muzyka na przemian ze wspomnieniami z dzieciństwa, czasami młodości, historii kapel w których grał, jakiś innych dziwactw, by (uwaga) na pięćsetnej stronie przeczytać finał, który – choć mimo dobrego pomysłu – rozczarowuje. Pod każdym niemal względem. King na końcowych stronach wymyśla takie bzdury, że łapałem się za głowę (trochę jak przy czytaniu zakończenia powieści Pod kopułą). Niby to wszystko jakoś ze sobą łączy, niby sama treść od początku do końca jakoś się zamyka, wiele poruszonych wątków jednoczy się ze sobą, to jednak nie umiem odnaleźć w tej powieści niczego, co pozwoliłoby mi ją ocenią jako dobrą. Jak wspomniałem, sam pomysł na powieść dobry. Jednakże realizacja wypada (jak w wielu książkach Kinga) bardzo słabo. Jakby miał problem z nie dość dobrym zakończeniem, to przede wszystkim dobrym wyważaniem proporcji poszczególnych wątków - no i samym zakończeniem.
Ani nie ma wielkich, oryginalnych rozwiązań fabularnych, ani nie ma (w ogóle!) elementów zaskoczenia (bo wierzcie mi, wszystko jest przewidywalne i już w połowie powieści wiadomo, co stanie się na końcu i co tak naprawdę chce zrobić pastor), ani nie ma jakiś szalonych zwrotów akcji, ani nie ma czegoś, co byłoby jakoś nowością, ani nie ma w niej jakiegoś dobrego rysu i obrazu amerykańskiego społeczeństwa (co gdyby rzeczywiście było w powieści uznałbym za plus), ani nie ma... 
Właściwie jest to kolejna powieść Kinga, po której czuje ogromne rozczarowania. Jest to kolejna (niestety) powieść, która wyleci mi z głowy po dwóch dniach i... pewnie nie będę tego żałował. Trochę żałuję wydanej gotówki, bo swoje kosztowała.
Ponad pięćset stron opowieści, bez której naprawdę można się obejść. No chyba, że nie mamy niczego innego do czytania pod ręką. 
Lektura absolutnie dla maniaków Kinga, którzy czytają wszystko jak leci. Ja niestety zawiodłem się na Kingu po raz kolejny i coś mi podpowiada, że kolejne jego powieści sobie daruje. Owszem, stare, których jeszcze nie czytałem, pewnie jeszcze kiedyś przeczytam, ale dobry King skończył się parę lat temu. Kiedy dokładnie? Trudno oszacować. Kojarzę jedynie dość ciekawy Joyland. Pisarz ma już swoje lata i widać, że odbija się to już na jego powieściach – stają się przydługawe, nudne, powtarzalne. Niestety też przewidywalne. Mam wrażenie, że tych kilka motywów w jego twórczości już zawszę będziemy napotykali, przez co czujemy, że nie odkrywamy nowych światów. King męczy, jakby testował naszą cierpliwość. Stopniowo wprowadza nas w świat swojej opowieści (to mogę uznać i zaakceptować) bardzo powoli i długo, ale za tym nic nie stoi, nie ma żadnej nagrody na końcu – nie ma dobrego finału, nic ciekawego nie czeka nas na końcu (toteż dla mnie opowieść trochę jakby zmarnowana albo niedopracowana).
Osobom szanującym swój czas czytanie (w ogóle) książkę Przebudzenie raczej odradzam. Osobom wahającym się – sięgnijcie po coś innego. Jeśli to ma być koniecznie King, to niech będą to jakieś starsze powieści.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...