środa, 8 października 2014

Marcin Szczygielski - Sanato [recenzja]

Rok 1931. Nina Ostromęcka ma 21 lat. Jej mąż Adam jest niewiele starszy. Młodzi, dobrze sytuowani, jednak nie mają przed sobą świetlanej przyszłości. Wszystko za sprawą gruźlicy, której ofiarą padł najpierw Adam, a później jego żona. Trafiają oboje do zakopiańskiego sanatorium, specjalizującego się w tym właśnie schorzeniu.
Pośród górskich krajobrazów, komfortowego i zdaje się, dość ekskluzywnego zaplecza uzdrowiska, Adam popada w odrętwienie, apatię, szuka samotności, jest w dużo gorszej formie niż Nina. Ona z kolei pragnie towarzystwa i zabawy. Chce żyć, stąd też nawiązywanie znajomości z towarzyszami niewoli, obserwacje innych pensjonariuszy.
W latach 30. gruźlica była wyrokiem śmierci, jedynie szczęście decydowało o przeżyciu. Dlatego też, gdy w sanatorium pojawił się doktor Dresler proponujący terapię eksperymentalną, od razu znajdują się śmiałkowie chętni do przetestowania metody. Jedną z tych osób jest Nina. Zgadza się ona na przyjmowanie zastrzyków z płynnego złota, które to rzekomo mają powstrzymać gruźlicę. Nikt nie zna skutków ubocznych tej metody. Dopiero nasza bohaterka pozna przerażające rezultaty dreslerowskich testów. Tutaj kończy się świat rzeczywisty i zaczyna galeria zjawisk nadprzyrodzonych, niedomówień (to akurat chwalebne i ciekawe) oraz szeregu znaków zapytania. Zaczyna się horror.
Sanato, bo tak nazywa się owo miejsce, w esperanto znaczy szatan. To wiele mówiące odniesienie z każdą kolejną stroną zaczyna mieć coraz większe uzasadnienie, a to za sprawą dziwnych zdarzeń i sytuacji, które mają miejsce w uzdrowisku. Demonicznym jawi się Dresler, przerażająco oślizgłym wydaje się właściciel sanatorium, na zimną i pozbawioną uczuć pozuje pielęgniarka Wiewiórka. Również pacjenci należą do galerii osobliwości.
Powolna, drobiazgowa narracja buduje klimat, napięcie, grozę. Dobrym pomysłem było umiejscowienie akcji w latach 30. XX wieku – czasie brutalnym i przerażającym, gdzie na porządku dziennym były rozmowy o eugenice, gdy rodziły się totalitaryzmy, a świat coraz szybciej zmierzał ku przepaści. Stąd też wielowymiarowość powieści, możliwość odczytywania jej na różnych płaszczyznach.

Historia prowokuje do tego, by na własną rękę zacząć szukać informacji o zakopiańskim „Sanato”. W końcu Nina Ostromęcka nie była postacią fikcyjną, prawdziwa historia prawdziwej kobiety posłużyła autorowi za inspirację. Co spotkało Ninę, co stało się z pacjentami i eksperymentem Dreslera? Odpowiedź (nie zawsze jednoznaczną, za co chwała autorowi) czeka w książce.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Latarnik

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...