piątek, 12 września 2014

Martwe popołudnie - Mariusz Czubaj [recenzja]


Z książką Mariusza Czubaja miałem bliżej nieokreślone kłopoty. Podchodziłem do niej dwa razy, urywając czytanie za każdym razem już po pierwszym, enigmatycznym, ale i jednocześnie nudnym pierwszym rozdziale. Przełamałem się i przeczytałem ostatnio od razu całość, choć książka jest tak krótka, że samo czytanie zajęło mi chwilę. I cieszę się, że mam ją już za sobą.

Najnowsza powieść Mariusza Czubaja osadzona została w współczesnych warszawskich realiach. Warszawie modnej i bogatej. No a przede wszystkim próżnej. Marek Hłasko, człowiek do wynajęcia, rzekomo najlepszy specjalista w odnajdywaniu ludzi, młody i niby-zabawny, przyjmuje zlecenie od pewnego tajemniczego jegomościa. Ma odnaleźć Daniela Okońskiego, byłego dziennikarza i specjalistę od spraw marketingu politycznego, który po tym jak otrzymał zlecenie napisania biografii biznesmena, zniknął bez śladu. Hłasko zagłębia się w mętne wody polskiego biznesu i polityki. Ludzi bogatych, pustych wewnętrznie, pogubionych, i po uszy zamieszanych w rozmaite ciemne sprawy.

Książka Martwe popołudnie to nie jest lektura, którą zapamiętam na długie lata, czy nawet miesiące. To kryminał, w którym autor zgromadził całą fontannę zupełnie niepotrzebnych i średnio udanych żartów głównego bohatera, miniopowieści o modnym życiu w Warszawie, hipsterach, układach, narkotykach, a wszystko to wymieszane w popkulturowej papce, przez którą bohater - niczym przez filtr - widzi świat. I tak też go definiuje, jako nieustający ciąg skojarzeń i odwołań do ogromnej kultury współczesnej, jako czegoś, od czego nie potrafi się oderwać.

Marcin Hłasko, to taki polski odpowiednik Myrona Bolitara - głównego bohatera powieści Harlana Cobena, i chyba nie da się nie zauważyć, że Czubaj próbował się na nim wzorować (niestety ze średnim skutkiem). Podobieństwa widać gołym okiem - wiek, dowcip, podobny stosunek do życia, kobiet. Właściwie dzieli ich tylko miejsce, w którym mieszkają. No i efekt końcowy, czyli to, jacy są. Hłasko jest jedynie jego cieniem, kopią, która zawsze będzie gorsza.

I choć niby niczym wielkim ta powieść nie jest, jest bowiem zwyczajnym, przeciętnym kryminałem, to była w nim jedna rzecz (a może cały odłam fabuły), który mnie zaciekawił - odnosi się on do powojennej historii Polski.

Lekturę Martwego popołudnia porównałbym do oglądania meczu, w którym główną rozgrywkę próbuje umilić w czasie przerw mało ciekawy występ cheerleaderek z różowymi pomponami, bo mniej więcej tym dla mnie były wszystkie żarty Hłaski, jego opowieści, które nie miały związku z akcją. Przynajmniej takie odniosłem wrażenie, że ten czas, ten pusty czas między akcją, autor koniecznie chciał czymś uzupełnić, bym się nie nudził. I niby nie sam występ ich jest ważny (cheerleaderek), lecz piłka w grze, o czym wie każdy, to jednak nie da się tego przewinąć i trzeba patrzeć na tę średniej jakości próbę umilenia się do publiczności.

poniedziałek, 1 września 2014

Otchłań zła - Maxime Chattam [recenzja]

Zacznę od opisu wydawcy:


Portlandzka policja odkrywa pozostawiane w głębi lasu lub w starych i zrujnowanych zabudowaniach okrutnie okaleczone ciała ofiar, zniekształcone po przeprowadzonych na nich tajemniczych rytuałach, noszące na sobie znaki kabalistycznego przesłania. Czyżby zabójca był kimś, kto powrócił z zaświatów? Czy chodzi o jakąś szczególną sektę, która okalecza ciała swoich ofiar, aby przeprowadzać dziwne i okrutne ceremonie? Co ma wspólnego poemat Dantego, przeklęta księga Necronomicon oraz… katalogi sprzedaży wysyłkowej?
Inspektor Brolin i młoda studentka psychologii usiłują wpaść na ślad mordercy przeszukując księgozbiory ezoteryczne, wiejski cmentarz i ukryte w lasach samotne domostwa. Jaką cenę będą musieli zapłacić za odkrycie przerażającego sekretu? Czy ich determinacja wystarczy, by położyć kres złu, któremu odważyli się stanąć na drodze?
Otchłań zła Maxime Chattama to pierwsza powieść otwierająca słynną już Trylogię zła, trzyczęściowe dzieło francuskiego pisarza młodego pokolenia. Rzeczy już niemal kultowej, łamiącej nudę i szablonowość w literaturze kryminalnej. I niby niczego takiego nie stworzył nowego, niby niczego nie wymyślił, czego by ktoś kiedyś nie napisał.
A jednak, paradoksalnie, aż trudno uwierzyć, że tak dobra powieść, skomplikowane i wielowątkowe, z taką masą szczegółów, z takim tempem i rozmachem napisała jedna osoba. Aż trudno uwierzyć, że Chattam skompilował wszystko to, co literatura kryminalna może mieć najlepszego i stworzył z tego dzieło niemal idealne. 
Otchłań zła to z krwi i kości (dosłownie i w przenośni) thriller najwyższej klasy. Powieść bogata jest nie tylko w doskonale skonstruowaną fabułą, ale posiada inne elementy, które powodują, że tę powieść trzeba uznać za bardzo dobrą. Jednym z nich jest niewątpliwie główny bohater Joshua Brolin, młody i były pracownik FBI od jakiegoś czasu pracujący w szeregach portlandzkiej policji. Znawca psychologii i profilowania, czyli obrazowania sylwetki zabójcy. Młody, zdolny, podobno przystojny, staje się idealnie odgrywać rolę wcielenia błyskotliwości w amerykańskim stylu. 
Druga ważna rzecz, to coś, bez czego thriller nie mógłby istnieć: napięcie. Ono właśnie uwydatnia niczym wzmacniacz muzyczny całą mroczną historię. Spina ze sobą, łączy, a potem - przy pomocy kilku chwytów, napina, byśmy czuli się jak uczestnicy owej historii. Byśmy sami czuli strach.
Szczerze mówiąc, nie przeczytałem ani jednej recenzji tej książki. Nikt mi jej nie polecił, od nikogo nie usłyszałem tego tytułu. Zwyczajnie nań natrafiłem przeglądając jakiś sklep internetowy i sam opis sprawił, że musiałem to poznać. 
I nie żałuję. Otchłań zła otwiera szerokie wrota mrocznego śledztwa, dusznych i wilgotnych lasów, tajemniczych znaków, symboli. I doskonałego dochodzenia prowadzonego przez charyzmatycznego inspektora. To książką, którą trzeba przeczytać. 
I wcale nie przesadzam.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...