środa, 11 maja 2016

Robert Graysmith - Zodiak

Robert Graysmith to dziennikarz i rysownik, a po latach również tropiciel jednego z najsłynniejszych seryjnych morderców XX wieku - Zodiaka. Autor pościęcił mu wiele lat (a może i znaczną część swojego życia), a efektem jego wieloletniej wręcz obsesji jest niniejsza pozycja. 
Byłoby wielkim przypadkiem, gdyby osoba interesująca się zagadkami kryminalnymi, współczesną kryminalistyką, profiowaniem kryminalnym, czy też nawet wspłczesnymi filmami kryminalnymi nie słyszała tej postaci - o Zodiaku. 
To najbrutalniejszy i jeden z najokrytniejszych seryjnych zabójców grasujących w zachodniej części Stanów Zjednoczonych od lat 60 do końca (najprawdopodobniej) lat 70. Przebiegły, inteligentny, kpiący z policji, szukajacy sławy, niemal megalomański, bestialski; lubiący wzbudzać strach, poczucie zagrożenia...
Zodiak to morderca, który nigdy nie został schwytany. Mimo wielu prób namierzenia i odkrycia tożsamości, do dziś (choć Zodiakowi przypisuje się ponad 30 ofiar śmiertelnych - wg różnych statystyk) nikt nie ma stuprocentowej pewności kim był Zodiak. Autor, wraz z amerykańskami policjantami, stawia kilka przypuszczeń, a każde z nich odpowiednio argumentuje, ocenia, no i najważniejsze, przedstawia fakty.
Książka Graysmitha to dość gruntowna analiza wszystkich popełnionych przez Zodiaka zbrodni (tych, do których sam zabójca się przyznawał), zaś sama książka przypomina dziennik - jest to bowiem skrupulatnie zapisywana codzienność skupiająca się wyłącznie na faktach, relacjach, danych policyjnych i prasowych. Ale jest też osobistym uzupełnieniem tego, co udało się samodzielnie dziennikarzowi ustalić. 
I choć jest to niemal stricte literatura faktu, poparta rzetelnie zebranym materiałem (i dodatkami w postaci zdjęć, szyfrów, wycinków z prasy), to książkę Zodiak czyta sie jak kryminał, choć napisany w dziennikarskim i faktograficznym stylu.

Polecam każdemu, kto interesuje się seryjnymi zabójcami. Pozycja obowiązkowa.

czwartek, 10 grudnia 2015

Lee Child - Echo w płomieniach [recenzja]

Jack Reacher. Dawniej żandarm wojskowy, obecnie cień bez stałego miejsca zamieszkania, bez dokumentu ze zdjęciem, samochodu czy konta w banku. Pojawia się, by następnego dnia zniknąć bez słowa wyjaśnienia. 
Pod palącym słońcem Texasu Jack spotyka na swojej drodze Carmen Greer - żonę bogatego właściciela pól naftowych. Czy można odmówić pomocy oszalałej ze strachu, pięknej kobiecie? Reacher zgadza się wystąpić w roli ochroniarza. Ale czy nieznajoma jest szczera, czy naprawdę była maltretowana przez męża, czy grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo? Inspirowana przez demony przeszłości spirala zacieśnia się coraz bardziej, ofiara staje się katem, kat zaś ofiarą. W poszukiwaniu prawdy Reacher jest zdany tylko na własny spryt i intuicję.

Czwarta z rzędu powieść o Reacherze to majstersztyk fabularnej konstrukcji, popisów mylenia tropów, śladów. Na totalnym, rozgrzanym przez słońce pustkowiu Jack spotyka kobietę (co pozwolę sobie powtórzyć), która miała go tylko podwieźć do najbliższego miasta. I tu pojawia się cały problem, który pogrąży Reachera w brudnych i nieprzyjemnych tajemnicach niezwykle nieufnej wobec wszystkich teksańskiej rodziny. A tam gdzie się uda będzie musiał się zmierzyć z obelgami, zakłamaniem, zbirami, a nawet... płatnymi zabójcami. To właśnie ta niespodziewana chwila, która zmieni jego poniekąd spokojne (już) życie zwykłego włóczęgi w pasmo nieprzewidzianych wydarzeń.

Co tu dużo mówić, świetna powieść. Rozgrzana do granic możliwości atmosfera nie tylko rozpalona poprzez szybkie tempo akcji (mimo kilkuset stron), ale i poprzez świetnie oddany klimat upalnego Teksasu. Duchota, lejący się z nieba żar, spocone ciała, gorące powietrze. To się po prostu czuje na sobie.
A do tego przekonujący bohaterowie, prawdziwi z krwi i kości, bez udawania, z historią, z rysem psychologicznym, ze swoimi problemami i naleciałościami. Oni są jak prawdziwi. Wyglądają tak jak powinni, zachowują się odpowiednio, mówią tak jak powinni. Niesamowity klimat małego amerykańskiego rancza, małych amerykańskich miast. Doskonałe!
Lee Child jest w tym mistrzem. Bardzo dobra powieść.
PS Czytanie jej w upalne dni jest jakimś bliżej nieokreślonym masochizmem. Ale takim, który daje satysfakcję najwyższej próby. No ale mamy zimę, więc co najwyżej tylko trochę nas rozgrzeje.


poniedziałek, 9 listopada 2015

Pakt - nowy serial HBO - próba recenzji


To chyba jeden z niewielu wyjątków, na które sobie na swoim blogu jawnie i z pewnym namysłem pozwoliłem. Postanowiłem, mimo wewnętrznych wahań, zrecenzować pierwszy odcinek polskiego serialu Pakt. Wyjątek bowiem od reguły, ponieważ już od paru lat piszę wyłącznie o książkach. Już tłumaczę dlaczego. Po pierwsze książki są mi zdecydowanie bliże niż filmy, toteż z założenia na stronie publikuję wyłącznie to, co przeczytam. Po drugie filmów kryminalnych i w ogóle grozy za dużo już nie oglądam, więc nie czuje się dobrze w tej tematyce.
I wystarczy.
Ale wiadomość, że niebawem na polskich ekranach pojawi się długo wyczekiwany miniserial kryminalny wprawiła mnie w osłupienie, napływ dreszczy, no i oczywiście radość (jeśli nie euforię), toteż postanowiłem wyłamać się z ww. zasady i wyjątkowo napisać o filmie. 

Wczoraj HBO Polska wyemitowało pierwszy odcinek sześcioodcinkowego serialu Pakt z Marcinem Dorocińskim z roli głównej. 

Pozwolę sobie zacytować fragment opisu producenta:

Nowy polski sześcioodcinkowy serial produkcji HBO, którego głównym bohaterem jest Piotr (Marcin Dorociński), znany dziennikarz śledczy, który rozpracowuje dużą aferę finansową. 
Serial HBO Pakt opowiada historię osadzoną w realiach współczesnej Polski. Piotr Grodecki, dziennikarz śledczy opiniotwórczego dziennika Kurier, wpada na trop dużej afery finansowej. Okazuje się, że sprawa ma dla niego osobisty wymiar. Mimo sprzeciwu redakcji, Piotrowi udaje się doprowadzić do publikacji, która wzbudza zainteresowanie opinii publicznej. Z pomocą Weroniki, agentki CBŚ, Piotr odkrywa drugie dno tej afery. Kiedy Piotrowi wydaje się, że już wyjaśnił zagadkę, nagle dostaje tajemniczą wiadomość. Sprawa zaczyna się komplikować, zataczając coraz szersze kręgi wśród ludzi polityki i wielkiego biznesu. Okazuje się, że historia ma swój początek w czasach transformacji ustrojowej. Pokolenie, które wtedy wkraczało w dorosłość, to ludzie, którzy często zrobili szybkie, spektakularne kariery i zdobyli, nie zawsze legalnie, wielkie pieniądze. Teraz przychodzi im zapłacić za wybory i decyzje z przeszłości.

No i wszystko pięknie. Obejrzałem pierwszy odcinek z nieukrywanym zainteresowaniem, potem obejrzałem online drugi odcinek, również z nie mniejszym zaciekawieniem. Któż by nie obejerzał, wiedząc, że dostępny jest kolejny odcinek.  
Pomyślałem sobie i ucieszyłem jednocześnie, że wreszcie stał sie jakiś mentalny, produkcyjny i świadomościowy przełom w polskim kinie, które do tej pory fabułę kryminalną (solidną) traktował dość (z niewielkimi dobrymi wyjątkami) jako coś obcego, niechcianego, niegodnego filmowania. Wystarczy spojrzeć ile mamy powieści kryminalnych a ile filmów kryminalnych, by uzmysłowić sobie skalę tej gigantycznej różnicy. I skoro książki mają swoich czytelników, tak film tym bardziej powinien znaleźć swojego widza. Ale właśnie, paradoksalnie kino, a więc wydawałby się jakiś swoisty pionier w kreowaniu trendów, nie jest skłonne zbyt często sięgać po kryminał. 
Ucieszyłem się więc po obejrzeniu obu odcinków. Ucieszyłem się, że wreszcie udało nam się zrobić coś, z czego możemy być dumni. Bo po obejrzeniu ich oceniłem, że warto było poświęcić ten czas na nową produkcję HBO. Że warto było czekać na tę (na razie) dwugodzinną zagadkę, na ten mroczny i duszny klimat, na te surowe niczym ostrze skalpela ujęcia, na tę przerażającą (choć chwilami męczącą) muzykę. Warto było...

...Do czasu, aż przeczytałem zupełnie przypadkiem, że niestety serial nie jest polskim wymysłem, lecz skandynawskim - dokładnie norweskim. Polacy jedynie wykupili licencję na wyprodukowanie polskiej wersji ich scenariusza. O zgrozo!
Po tej wiadomości cały czar prysł. Cały urok filmu rozmył się gdzieś i odpłynął niewidzialnymi strumieniami. Moja nadzieja, o której pisałem wcześniej (przełom, oryginalność, świetny pomysł, nadzieja polskiego kina etc) zniknęła tak szybko, jak szybko się pojawiła.

Uznałem więc, że jednak nie jesteśmy tacy do przodu, nie dokonujemy żadnego przełomu (ani w realizacji, technice, ani w tematyce), słowem - nie zmieniło się nic. Po prostu trzech scenarzystów (a może "scenarzystów") zaadoptowało tekst norweski, by stworzyć tylko polską kalkę (to chyba dobre słowo).

No i posypały się moje zachwyty. Legły w gruzach. Udało nam się zrobić coś, z czego tylko połowicznie możemy być dumni. Chociaż duma to i tak za silne słowo. Postaci, jakkolwiek na początku wyglądające na dość prawdziwe,  choć i tak niepozbawione wad, stały się woskowe, a ich wady jeszcze bardziej się wyeksponowały. Właściwie film zamiast mnie zachwycić, jakby mnie wprawił w zdenerwowanie. 
Przeszkadza mi to, że nie potrafimy zrobić sumiennie filmu grozy od A do Z. Porządnie, solidnie, z namysłem, z klimatem, z... przekonaniem. Mamy tylu świetnych pisarzy, tylu świetnych scenarzystów, tylu uzdolnionych twórców, filmowców, aktorów, kompozytorów. 
Dlaczego musimy coś kopiować (tfu, kupować licencję)?

Czekam na dalszy ciąg, ale z nieco mniejszym smakiem. Owszem, obejrzę do końca, bo jestem ciekaw wyjaśnienia sprawy (choć po samym opisie producenta łatwo się domyślić zakończenia), to jednak zrobię to z dużo mniejszym entuzjazmem, niż miałbym oglądać serial ze świadomością, że oglądam coś naszego.
Coś, z czego moglibyśmy być dumni.
Szkoda, wielka szkoda.

Poniżej oficjalny zwiastun.


piątek, 2 października 2015

Umrzeć po raz drugi - Tess Gerritsen [recenzja]

Tess Gerritsen w doskonałej formie. Swoją najnowszą powieścią udowadnia, że tytuł jednej z najlepszych autorek thrillerów należy właśnie do niej. Mało tego, Gerritsen za najważniejszą cechę swoich powieści obrała zaskakiwanie czytelnika oraz świetne tempo akcji. I tego się konsekwentnie trzyma, bowiem na tych 400 stronach powieści* nie sposób się nudzić.

"Gdy detektyw bostońskiego wydziału zabójstw Jane Rizzoli i Maura Isles, lekarz sądowa, zostają wezwane na miejsce zbrodni, odkrywają morderstwo godne okrutnej bestii, o czym świadczą nie tylko ślady pazurów na ciele ofiary.
Tylko najbardziej wyrafinowany zbrodniarz mógłby pozostawić ciało doświadczonego myśliwego i wykwalifikowanego preparatora zwierzęcych zwłok, oprawione tak, jak trofea zdobiące ściany jego domu.
Czyżby Gott nieświadomie obudził drapieżnika bardziej niebezpiecznego niż te, na które kiedykolwiek polował?
Maura obawia się, że nie jest to pierwsza zbrodnia tego sprawcy, i na pewno nie ostatnia. Ostatnie zabójstwo wydaje się łączyć z serią niewyjaśnionych śmierci na obszarach dzikiej przyrody w całym kraju, a trop prowadzi poszukiwania do odległego zakątka Afryki.
Sześć lat temu, grupa turystów na safari padła ofiarą zabójcy, który okazał się być jednym z nich. Uwięzieni w buszu rozpaczliwie liczyli na nadejście pomocy, zanim rozszarpią ich dzikie zwierzęta bądź zwyciężą ukryte w nich zwierzęce instynkty. Teraz morderca wybrał Boston na miejsce swoich łowów. Rizzoli i Maura muszą wywabić go z cienia i schwytać."

To, co szczególnie podobało mi się w powieści, to obszerny wątek związany z dzikimi zwierzętami, egzotyką, dzikością i drapieżnością - i zwierząt, i ludzi. Rozgrzana Afryka, egzotyczne wyprawy, spotkania oko w oko z dzikimi zwierzętami... 
No i druga rzecz czyli to, co można nazwać dwutorowością. Dwutorowość tej powieści (czas aktualny oraz to, co zdarzyło się sześć lat temu) początkowo dezorientuje czytelnika (zwłaszcza tego, który nie czytał opisu książki na okładce). Po jakimś czasie te dwie osie czasu stopniowo się na siebie nakładają, co sprawia, że wszystkie znaki zapytania znikają. Pojawia się jednolita, dopięta na ostatni guzik, fabuła. Świetna, pomysłowa, zaskakująca, wbijająca w fotel powieść. 

Warto było czekać tyle czasu na nową Tess. Oj warto.

Moim zdaniem jedna rzecz zasługuje na krytykę - trochę rozdmuchane, choć tak naprawdę kameralne zakończenie. Trochę w stylu Tess, typowe, mocno dociskające głównego bohatera w stan osobistego zagrożenia (jak w wielu jej powieściach). No ale...

-------
* które de facto narzucił z pewną przesadą polski wydawca - sporą interlinią, dużymi akapitami i marginesami. Niestety mam bardzo złe opinie o tak wydawanych powieściach, czyli o sztucznym pompowaniu stron. PS No i ta okładka, bez pomysłu i wyobraźni wykupiona od zagranicznego wydawcy. A przecież można było zaprojektować fajną...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...